fbpx

Zamczysko i Czarne Działy – odkrywając tajemnice Beskidu Małego

Uwielbiam ludzi. Pracuję z nimi. I choć tegoroczna pandemiczna rzeczywistość nieco ograniczyła ten kontakt, na żywo czy zdalnie, dziesięć miesięcy każdego roku spędzam z młodzieżą.

Może dlatego w górach nie lubię tłumów. To taki mój mały reset…

Zeszły rok był przedziwny pod tym względem. Nasza miejska dotychczasowa przestrzeń życiowa opustoszała, lockdown zamknął ludzi w domach, lub przeciwnie, wypędził na szlaki. Wiele osób na nowo odkryło przyjemność wędrowania, inni poczuli to po raz pierwszy. Pierwszy raz zrobiło się też ciasno. Pierwszy raz zatęskniłam za spokojem w górach…

I tak się chwilę zastanawiałam, czy pisać o tych miejscach, w które zaczęłam uciekać jakiś czas temu… Chwilę. Przecież przede mną też ktoś je kiedyś odkrył, pokazał mi je. Część znalazłam sobie sama, grzebiąc w przewodnikach – tak, są takie, które czyta się jak dobry kryminał. Jednym tchem.

W weekendy w górach bywa tłoczno. Dlatego też mijam wtedy częściej uczęszczane szlaki. Wybieram to, co mniej znane, mniej oczywiste, to, co blisko, by nie stać w korkach.

Przewodniki zaczęłam czytać rok temu. Zmusił mnie do tego kurs. Prowadzący polecił nam Rewasza. I rzeczywiście, gdybyście mieli sięgać po przewodniki górskie, warto zacząć od najlepszych. Ja zaczęłam od moich rodzinnych okolic. Beskid Mały – przewodnik Radosława Trusia – okazał się strzałem w dziesiątkę.

Ale do sedna. Gorące weekendy wiążą się z tłumami na szlakach. To właśnie te momenty, by znaleźć mniej znaną, ale naprawdę atrakcyjną, alternatywę.

Moim największym odkryciem kwietniowego zamknięcia sprzed roku jest fragment zielonego szlaku z Gaików (w Paśmie Chrobaczej Łąki) do Suchej Beskidzkiej. Fragment Kocierz Rychwałdzki – Gibasówka.

Jako dumna mieszkanka Wadowic, wysypiam się, wypijam kawę. Nie muszę się spieszyć. Andrychów, co prawda zazwyczaj zakorkowany, udaje się minąć dość szybko. Ruszam w stronę Przełęczy Kocierskiej, do niedawna kompletnie obojętna na to, że poruszam się starym Gościńcem Kocierskim. Droga ta pochodząca z końca XVIII wieku, prowadząca z Andrychowa do Żywca (dalej w stronę Czadcy) wybudowana siłami więźniów ze Szpilbergu – austriackiego więzienia – oraz naszych rodzimych skazanych z Nowego Wiśnicza, była porównywana do traktu prowadzącego nad Morskie Oko. I słusznie. Choć niewygodna dla niewprawionych i początkujących kierowców, zapewnia masę cudnych widoków…

Mijam Karczmę („Kocierz SPA”) i dojeżdżam do kościółka w Kocierzu Rychwałdzkim. Tam na niewielkim parkingu zostawiam moją utrudzoną i zawsze brudną Thalię i ruszam zielonym szlakiem w górę.

Zerkam na niewielki cmentarzyk, i stękając, wspinam się w stronę Ścieszków Gronia (Łysiny), przyglądając się towarzyszącym mi stacjom drogi krzyżowej. Krótkie, ale strome podejście, to chyba najtrudniejszy odcinek wędrówki.

Docieram do szczytu, przyglądam się kilku nowym domom w okolicy. Łysina to jedna z najwyżej położnych wiosek w okolicy. Skręcam w lewo, by następnie zgodnie ze wskazówkami na znakach odbić w prawo – na Zamczysko.

Zamczysko to coś na kształt skamieniałego miasta. Wąwóz skalny o długości ok. 100 m, gdzie spotkać możecie wspinaczy walczących z podobno niełatwymi ścianami. W skale dojrzycie klamry, a jeśli dobrze poszukacie, znajdziecie wejście do Jaskini Lodowej, najniżej położonej jaskini lodowej w Polsce, długości 59 m. Jest to trudna do zwiedzania jaskinia o charakterze szczelinowym. Na pewno nie nadaje się do penetrowania bez specjalistycznego sprzętu i bez przebytych szkoleń. Według podań Zamczysko połączone jest tajemnym przejściem z Babią Górą… Uwielbiam te wszystkie legendy.

Skamieniałe miasto robi wrażenie. To enklawa ciszy i spokoju, nieco oddalona od szlaku, klimatyczna, tajemnicza i piękna. Jeżeli ktoś tu zagląda, to raczej świadomie. Nie spotkacie tu przypadkowych turystów. Skały porastają buki, którym od lat przypisuje się szczególne właściwości. Podobno kontakt z tymi drzewami pozwala odzyskać pogodę ducha. Coś w tym jest. Gdy tylko potrzebuję się zrelaksować, uciekam w las. Najlepiej bukowy…

Wracając, do szlaku mijam niewielką łączkę pełną różnobarwnych motyli. Dalej w kierunku Gibasówki, ciągle za zielonymi znakami. I tu niemiła niespodzianka. Jeszcze rok temu, niewiele dalej, na przepięknej polanie, można było rozwiesić hamaki i podziwiać panoramę od Babiej Góry, przez Pilsko, po masyw Romanki… Dziś podziwia się ją przez kraty drucianej siatki – teren został ogrodzony i zamknięty. Prawo własności. Niby rozumiem, nie dyskutuję, ale jakoś szkoda…

Ważne, że przede mną jeszcze trochę do zobaczenia. Fajną leśną ścieżką, idealną dla amatorów górskiego biegania, wspinam się na Kucówki i zmierzam w kierunku Czarnych Działów. To zespół wychodni skalnych zbudowanych z piaskowców istebniańskich oraz kilku jaskiń. Jaskinie te są jednak stosunkowo młode, teren ciągle „pracuje”, dlatego też ich zwiedzanie jest niebezpieczne. Samo zbiorowisko, podziwiane z zewnątrz, robi jednak naprawdę duże wrażenie.

Mając dość leśnych zakamarków, ruszam dalej w stronę Gibasówki.

Wchodzę na Gibasowe Siodło i rozsiadam się przy chatce Gibasówce. Zamawiam przepyszną kawę u Gospodarza i rozkładam mapę. Przede mną Beskid Żywiecki w całej okazałości. Kilku ośmielonych moim zachowaniem turystów (wszak zaczepiłam Pana i zamówiłam sobie kawę…), zaczyna żartować, dosiadając się nienachalnie. I to jest ta atmosfera, której szukam w górach. Dopijam fusiarę i ruszam dalej, w kierunku zabytkowej kapliczki z 1818 roku.

Legendę z nią związaną możecie wyczytać sobie ze zdjęcia. Tak czy siak, widoki obłędne. A dalej?

W zależności od tego na co macie ochotę… Jeżeli nie macie czasu, możecie wrócić do chatki, minąć ją i skręcić w prawo, schodząc leśną ścieżką w stronę doliny Kocierki. Czeka Was wtedy kilka kilometrów asfaltem do parkingu (szybkim tempem – około godziny samą szosą). Jeżeli macie ochotę, spod kapliczki ruszacie dalej w stronę Rozstajów Anuli, klimatycznej Chatki pod Potrójną (myślę, że o niej jeszcze napiszę) i dalej ścieżką znakowaną na żółto odbijacie w stronę doliny Kocierki, którą dostaniecie się do samochodu. Po drodze kilka całkiem przyjemnych miejsc nad wodą, dostosowanych do potrzeb turystów.

W sobotę na całej trasie spotkałam siedmioro turystów. Z pięciorgiem
z nich urzędowałam pod Gibasówką. Jeśli więc marzycie o ciszy i spokoju, lubicie leśne ścieżki i sielskie widoki, jest to trasa właśnie dla Was… Tylko błagam, nie mówcie o niej tym rozdartym… 😉

Agata Bielecka - Nie rozliczając z marzeń

Gdybym miała jakoś opisać siebie, to powiedziałabym: Człowiek niewyobrażający sobie życia i pracy bez innych ludzi. Matematyk praktykujący, geodeta z wykształcenia, rzeczoznawca z ambicji. Miłośniczka gór – to z przekory. I mam nadzieję, kiedyś, a może wkrótce, przewodnik beskidzki… Ale z marzeń się nie rozliczam…

4 Comments

  1. Emilia

    Świetny tekst! 🙂

  2. Magdalena Suchanek

    Brzmi zachwycająco

  3. Agata

    Cieszę się i zachęcam do zachwytów na miejscu 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *