fbpx

W żywieckim bywa deszczowo – parę słów o poszukiwaniach, Hali Krupowej i sidzińskim skansenie

Mówią, że pogoda jest zawsze… Niby tak, czasem sprzyja dalekim wędrówkom, czasem nieco je ogranicza, niejednokrotnie zmuszając nas do „udoskonalenia” wcześniejszych planów.

Tym razem planowałam Beskid Sądecki… Po wyruszeniu z domu zatrzymałam się na kawę. Z kubkiem w ręku ulokowałam swój tyłek w jednym z moich ulubionych miejsc… Jadąc krajową 28-ką, skręciłam w lewo, by rozłożyć się na chwilę na kamieniach nad Skawą, zaraz przy moście kolejowym w Zembrzycach. Nie było wyjścia, kuknęłam w prognozy pogody, skierowałam wzrok przed siebie, i już wiedziałam, co robić. Żaden Sądecki, tym razem Hala Krupowa! Wszak ponoć powinnam być elastyczna i przede wszystkim odpowiedzialna…

Postanowiłam się nie spieszyć. Z miejsca, w którym się zatrzymałam, rozpościera się jedna z najpiękniejszych panoram na Pasmo Policy. Oprócz bajecznie usytuowanych mostów, czapli nad wodą, można stąd zobaczyć całkiem spory fragment Głównego Szlaku Beskidzkiego – od Policy, przez Złotą Grapę, Halę Krupową, Okrąglicę, Urwanicę, Naroże i Soskę… Dopiłam dużą czarną, uśmiechnęłam się sama do siebie, wsiadłam do auta i odjechałam w kierunku Sidziny.

Lubię te swoje mosty. Pamiętam ten teren jeszcze sprzed budowy drogi. Swego czasu robiłam tu wyceny odszkodowań za grunty zabrane pod inwestycję. 

Długo nie wiedziałam, co chcę w życiu robić. Studiowałam geodezję. Dla żartu. Chciałam po prostu wyrwać się z Wadowic. Po drodze do Krakowa, przez szybę autobusu zobaczyłam przystojnego mężczyznę w pomarańczowych spodniach. Geodetę, wyjaśnił mi mój znajomy. Wysiadłam więc pod AGH’em i udałam się w stronę magicznego budynku C4, by w przepastnej auli zadeklarować chęć studiowania kierunku, o którym nie wiedziałam niczego… Budynek germanistyki okazał się smutny i szary, na ekonomii papiery przyjmował jakiś dziwny człowiek. Odpuściłam.

W ten sposób, z zamiarem ponownego wyboru kierunku po dwóch semestrach, zostałam studentką geodezji i kartografii. Zmian w tym aspekcie nie dokonałam, bo fajniejszych ludzi na roku i w owianym legendą akademickim Promyku nie mogłabym sobie wymarzyć… To na geodezji pokochałam matematykę, to tam zdecydowałam się na specjalizację wyceny nieruchomości. Zostałam podobno najmłodszym rzeczoznawcą w Polsce… I nie powiem, że niefajnie mi się pracowało… Ale jako rzeczoznawca wiecznie byłam sama. Sama walczyłam o zlecenia, sama zbierałam dane, sama przedzierałam się przez chaszcze w terenie i opracowywałam tony dokumentów. W międzyczasie zrobiłam matmę. Trafiłam do szkoły. Okazało się, że praca z młodymi ludźmi to coś dla mnie. 

To tu się uśmiecham… Czasem uda się ich gdzieś zabrać… Na publikację zdjęć się zgodzili. Ale do sedna…

Odkąd zaczęła się pandemia, przyjeżdżam do Zembrzyc także biegać… Wiem, jak to brzmi… Tak, jadę autem 15 km, żeby przebiec mniej więcej tyle samo…

Wracając do mojej wycieczki. Po 40 minutach wysiadam pod Domem Wczasów Dziecięcych w Sidzinie. Kropi. Chyba czas zwiedzić sidziński skansen.

W Muzeum Kultury Ludowej, otwartym niecałe 60 lat temu, znajduje się 8 obiektów, m.in. stare chałupy, młyn i dzwonnica, przy której przesympatyczna oprowadzająca po raz kolejny pozwoliła mi wydzwonić sobie życzenie… W lipcu tego roku (byłam tu dwa miesiące temu ze znajomymi z kursu przewodnickiego) wydzwoniliśmy sobie we trójkę zdanie egzaminów… Cóż, trzeba korzystać z każdej okazji. 

Jeszcze parę lat temu do skansenu nie dałabym się zaciągnąć… Od pewnego czasu uwielbiam takie miejsca… Ktoś zamknął w nich zapach dawnych czasów. I nie mówcie mi, że to starość.

Po godzinie w skansenie, w którym wnętrze jednej z chat do złudzenia przypomina dom mojej babci, deszcz dziwnym trafem przestaje padać. Mogę ruszać na szlak. Zielony. Czeka mnie ponoć dwugodzinna wędrówka do Schroniska PTTK na Hali Krupowej. Mówię ponoć, bo trasę tę można zrobić dużo szybciej…. Można, ale nie trzeba. Wszystko zależy od tego, co lubicie. Droga wiedzie przez piękny bukowy las… Dziś mokro i ślisko. Mniej więcej w połowie rozpoczynają się widoki na Tatry – niestety jeszcze za plecami. Docieram do Hali Krupowej. Tej właściwej. Schronisko, do którego zmierzam, tak naprawdę, znajduje się przy Przełęczy Kucałowej, zwyczajowo zwanej Halą Krupową. 

Właściwa Krupowa, znajduje się na południowych zboczach Okrąglicy. To tu zdarza mi się  leżakować, patrząc leniwie na Tatry, Wielkiego Chocza, albo pochłaniając książki – to jeden z plusów mojego zawodu. Wolne weekendy i wakacje. O minusach nie mówię, lubię to, co robię. Bywa, że o możliwość wylegiwania pytam bacę, pasącego owce właśnie w tym miejscu. Jak do tej pory zawsze się uśmiechał, nie widząc problemu. (Zdjęcia owiec z czerwca br.)

Z Krupowej na Kucałową, już niedaleko, kawałek lasem, z widokiem na schronisko. Dochodzę do węzła szlaków. Skręcam w lewo. Na obiad. Tym razem pierogi z borówkami. Często w moim menu ląduje zestaw pt. ogórek kiszony i kawa. Parzona. Nie pytajcie, uwielbiam to połączenie. Skutków ubocznych brak. Przynajmniej u mnie.

Po krótkim odpoczynku postanawiam wrócić przez Okrąglicę i Przełęcz Malinowe, czerwonym szlakiem. To szlak, na którym sprawni sportowcy mogą sobie pozwolić na niemałe wybieganie. Podłoże początkowo ubite, potem nieco kamieniste, ale da się… Nie spotkacie tu również przypadkowych turystów. A niech żałują, bo szlak piękny.

Pod Okraglicą warto zajrzeć do Kaplicy Matki Bożej Opiekunki Turystów. To jedno z tych miejsc, które chwytają za serce. Oprócz wyjątkowej drogi krzyżowej, znajdziecie tam tablice upamiętniające ludzi związanych z górami. Wspomniano tu również  ofiary katastrofy lotniczej pod Policą z 1969 roku. Niewyjaśniony do dziś wypadek stał się inspiracją do napisania książki pt. „W cieniu Babiej Góry” autorstwa Ireny Małysej. Lektura obowiązkowa!

Dalej czerwonym lekko w dół. Przez najbliższe półtorej godziny towarzyszyć Wam będą przepastne panoramy – po lewej Beskidu Małego, z przodu Makowskiego i Wyspowego, po prawej Tatry. Pogoda nieco się poprawia, widoki również. Dochodzę do Przełęczy Malinowe. To tu znajduje się pomnik partyzantów AK i pacyfikacji os. Malinowe z 13 października 1944 roku. Skręcam w prawo i szlakiem niebieskim wracam do parkingu obok skansenu. Po drodze niewielkie Mauzoleum Partyzantów AK, Polana Malinów, cudowne pejzaże, coraz bardziej jesienny las.

I grzyby. Nie potrafię przejść obojętnie…

Agata Bielecka - Nie rozliczając z marzeń

Gdybym miała jakoś opisać siebie, to powiedziałabym: Człowiek niewyobrażający sobie życia i pracy bez innych ludzi. Matematyk praktykujący, geodeta z wykształcenia, rzeczoznawca z ambicji. Miłośniczka gór – to z przekory. I mam nadzieję, kiedyś, a może wkrótce, przewodnik beskidzki… Ale z marzeń się nie rozliczam…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.