fbpx

Miałam nie wracać – Tatry Zachodnie – wspomnieniowy dramat odczarowany!

Jedno z najsilniejszych wspomnień, jakie mam z Tatr Zachodnich, to przestroga, by tam nie wracać. A już w żadnym wypadku w rejony Doliny Starorobociańskiej i Kończystego Wierchu… Nie udało się. Pękłam…

Niedługo minie mi 16 lat od operacji. Nowotwór mózgu. Brzmi groźnie? Może brzmiało. Trochę to wszystko oswoiłam. W każdym razie, właśnie dlatego ostatnio napisałam, że góry były dla mnie czymś niezwykle odległym… Nie było mi wolno, miało to być niewykonalne. I pewnie gdyby nie to, nie poszłabym…

Zaczynałam z wytrawnymi turystami. Wszyscy dookoła chodzili, jakby nie wkładali w to żadnego wysiłku. Tych, którzy naciskali, biegali na czas, odpuściłam. Wędrowałam z ludźmi, którzy delektowali się widokami. Dla nich ważne było, żeby oddychać pełną piersią. Przyszedł czas, kiedy to zawzięłam się, by chodzić sama. Lekko nie było. Co jakiś czas meldowałam komuś zaufanemu, że żyję, że dotarłam już tu i tu, bo gdyby trzeba mnie było ratować, to obszar poszukiwań byłby nieco mniejszy… Po każdym wyjściu w Tatry, dochodziłam do siebie dwa tygodnie… Dziś potrafię powiedzieć na głos, że było tragicznie, a mój stan tak naprawdę nie pozwalał na takie wypady… Na szczęście trafiałam – i nadal trafiam – na cudownych towarzyszy.

Cudowni towarzysze nie oznaczają jednak dobrze dobranych tras. I tak, jakieś 7 lat temu, wraz z koleżankami – był to jeden z naszych pierwszych typowo babskich wypadów (pierwsza eskapada na Nosal skończyła się na… Kościelcu), wycelowałyśmy w Tatry Zachodnie. I nie mam tu na myśli Grzesia, czy Rakonia, a Starorobociański Wierch (przez śmiertelnie nudną Dolinę Starorobociańską i Siwą Przełęcz), potem Kończysty i Trzydniowiański, w stronę Doliny Chochołowskiej.

Drogę ze Starorobociańskiego przepłakałam. Ja, człowiek bez kondycji, z niepracującymi nadnerczami, nieustawionymi lekami, ważący ponad 100 kg… Nie miałam siły iść, podnosić nóg ponad wystające z ziemi korzenie kosodrzewiny, a tym bardziej podziwiać tego, co wokół. Pod sam koniec wycieczki polazłam za dopiero co poznanym mężczyzną, niewyglądającym, na takiego, któremu byłoby lepiej niż mi… Zeszliśmy ze szlaku już przy samej Chochołowskiej, by klucząc tam i z powrotem, wydłużyć sobie trasę o dodatkowe 3 km… Jak? Do dzisiaj nie wiem. W tym samym czasie, moja najlepsza koleżanka, którą wysłałam do przodu (nie mogąc znieść tego, że martwi się o mnie), odchodziła od zmysłów. Wróciła więc na Trzydniowiański Wierch w poszukiwaniu Agaty…

To, że Emilka przyjaźni się ze mną do dziś, jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Tym bardziej, że nie zapewniam ani rozrywek, ani wypasionego prowiantu (chyba, że wypasionym żarciem nazwiemy ogórki kiszone, które noszę sobie do kawy… parzonej…).

W ostatni czwartek miałam w planach Policę. Niestety, kolega odwołał wyjazd. Zdarza się. Postanowiłam jechać w Gorce. W tym samym czasie znajoma zaproponowała pętlę Grześ – Rakoń – Wołowiec (bywało, że dorzucałam tu jeszcze Rochacze). Spakowałam się – gdziekolwiek, byle w góry. W samochodzie okazało się, że jedzie z nami ktoś jeszcze. Super! Im więcej pozytywnych ludzi, tym lepiej. Trasa? Hm… Chochołowska (brr!!!), Dolina Starorobociańska (aha…), Starorobociański, Kończysty, Trzydniowański, Schronisko na Chochołowskiej i na Siwą Polanę… Cudownie, pomyślałam. Więc gdyby ktoś pytał, jak zamienić Policę na Starorobociański – odpowiedź przedstawiam powyżej…

Parking przegapiliśmy. Wylądowaliśmy w Kirach. Przecież nie będziemy się wracać. Jest nadzieja, łudziłam się. Przemknęliśmy przez Kościeliską – uwielbiam i szczerze polecam, mam do niej szczególny sentyment. Schronisko na Ornaku – genialna kawa i godzinny relaks w oczekiwaniu na załamanie pogody. Nie udało się… Wystartowaliśmy więc na Ornak. Bez parcia, bez słońca, w deszczowym zaduchu… I tu uwaga, szło się całkiem przyjemnie.

Sam Ornak – zaledwie 1854 m – mile mnie zaskoczył. Widoki na Ciemniak i Krzesanicę skąpane w chmurach okazały się w miarę przyjemne. Skały i schody w drodze na Starorobociański, wszystko skrzące we wszędobylskiej rosie, kotłująca się para i krążące nad nami kruki tworzyły spójną, klimatyczną całość. Na szczycie mgła i zaledwie kilka osób. Paskudne zejście w stronę Kończystego Wierchu, wymykające się spod stóp drobne kamienie, rumosz, wystające korzenie w drodze z Trzydniowańskiego w kierunku Chochołowskiej, jeszcze kilka lat temu, zniechęciłyby mnie do wędrówek po Tatrach na amen. Tym razem, siedem lat później od mojego debiutu w tym rejonie, wcale mi nie przeszkadzały.

Co się zmieniło? Niewiele. Udało się po prostu wypracować coś, co miało być nieosiągalne. Jako taką kondycję… Jest jeszcze jedna rzecz, której można mi zazdrościć, totalna, nieopanowana radość z każdego niepewnego kroku, z każdego metra wyrwanego górom, z każdego uśmiechu, zasłaniającego zmęczenie u mijanych ludzi.

I choć w ten rejon szybko pewnie nie wrócę, nie mówię już nigdy więcej. I jeśli ktoś zapyta, co takiego mają Tatry Zachodnie, to powiem, że są wyjątkowe. Łączą w sobie zieleń Beskidów, bogactwo roślinności gór nieco niższych, ze skalistymi szczytami. To dobra alternatywa, dla tych, których przestrzeń Tatr Wysokich przeraża, a u których chęć wolności, jaką dają nam góry, jest nie do opanowania…

Agata Bielecka - Nie rozliczając z marzeń

Gdybym miała jakoś opisać siebie, to powiedziałabym: Człowiek niewyobrażający sobie życia i pracy bez innych ludzi. Matematyk praktykujący, geodeta z wykształcenia, rzeczoznawca z ambicji. Miłośniczka gór – to z przekory. I mam nadzieję, kiedyś, a może wkrótce, przewodnik beskidzki… Ale z marzeń się nie rozliczam…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.