fbpx

Kiedy coś sobie wymarzę… O Koziarzu, wieży i Beskidzie Sądeckim

Kiedy w piątek dwa tygodnie temu razem z koleżanką wsiadłyśmy w auto i ruszyłyśmy w kierunku wspólnego weekendu, sporą część czasu spędzonego za kierownicą towarzyszyła mi wieża. Wieża na Koziarzu. 

Do niedawna mogłam po prostu prowadzić. Od ponad roku za kółkiem muszę naprawdę uważać. Znajomość mijanych terenów rozprasza. Momentami robi się niebezpiecznie. Wzrok ucieka. Dotychczas człowiek jechał, czasem rzucił hasłem  „Ale ładnie!”, teraz siedzi z otwartą buzią i uśmiecha się do siebie. „Szczebel, Luboń. Burdel. Wiesz czemu akurat Burdel?”. Tak to mniej więcej wygląda. Dla kogoś postronnego dramat… Dla mnie jako kierowcy przekleństwo… Muszę udawać, że nie widzę tego, co wokół. A trasy bywają piękne. Jedna z moich ulubionych to droga w kierunku Szczawnicy. Z Wadowic do Zembrzyc (wzdłuż Jeziora Mucharskiego), potem w kierunku Pcimia i Mszany (w towarzystwie Beskidu Wyspowego), przez Szczawę, Kamienicę i cudownie kojarzące się Łącko. To na tym odcinku na horyzoncie zaczyna coś majaczyć. Od Łącka, już w pełnej okazałości, zobaczyć można wieżę na Koziarzu. No cóż, zatrzymam się, pstryknę zdjęcie i pojadę dalej…

Kiedy coś wpadnie mi do głowy, raczej nie daje spokoju. Już kilka dni później, wsiadam i jadę do Tylmanowej. Pogoda średnia. Koziarz na horyzoncie.

Gmina Ochotnica wybudowała cztery wieże – trzy w Gorcach (na Lubaniu, Gorcu i Magurkach) i jedną w Beskidzie Sądeckim, właśnie tę, na którą się wybieram. Uważam, że to jeden z lepszych projektów ostatnich lat, pozwalający na rozwój turystyki pieszej. Postawiona w 2015 roku budowla tylko wzbogaca już i tak bajeczny krajobraz.

Spoglądam na Koziarza od zachodu. Najpiękniej pofałdowana część pasma Radziejowej wznosi się dumnie nad malowniczymi zakolami Dunajca. Odmówić sobie takiego wypadu? Nie potrafię…

Zostawiam samochód przy moście w Tylmanowej. Ruszam zielonym szlakiem, mijając zabudowania miejscowości. Widok zachwyca. Jakiś sympatyczny starszy pan zagaduje, czy idę w góry sama. Uśmiecham się, odpowiadając, że tak czasami najlepiej, bo nikogo nie muszę pytać o zdanie. Wchodzę do lasu. Przekraczam Potok Klępowski.

Nie spotykam nikogo. Mam świadomość, że widoki mogą „nie siąść”. Nieważne. Trasa najpierw ubita, potem troszkę kamienista. Spokojny las. Po drodze patrzę za siebie. Lubań! Uwielbiam Gorce, czas chyba je sobie odświeżyć. Dlaczego tydzień ma tylko siedem dni? Mało. O wiele za mało! Mijam maleńki domek do wynajęcia, z widokiem na Kłodne i Krościenko. Polana Kolebisko. Pięknie. Choć uczciwie przyznam, niewyraźnie. Na szczęście, jak się człowiek rozejrzy, zawsze znajdzie coś dla siebie.

Mój wzrok skupia się na dole. Dziewięćsił, nawet trzy. Chyba mam pecha, powoli się zwijają… Dziewięćsił bezłodygowy to roślina magiczna. Do niedawna pod ochroną ścisłą, dziś już tylko częściową. Latami zbierany i wykorzystywany do celów dekoracyjnych. Górale inspirują się nim, tworząc swoje dzieła… Nie wierzę, że nie kojarzycie!?

Dziewięćsił miał oznaczać dziewięć magicznych mocy, charakteryzujących tę roślinę. Wierzono, że jego moc jest silniejsza niż pozostałych ziół. W rzeczywistości roślina ta ma działanie bakteriobójcze, moczopędne, wzmacnia odporność, korzystnie wpływa na przemianę materii itd. Nie powinno zatem dziwić jej szerokie zastosowanie i znaczenie w kulturze ludowej. A że przy okazji daje nam znać o zbliżających się deszczach, zwijając swój kwiatostan, warto zwrócić na nią uwagę. Mnie od dziecka po prostu zachwyca!

Napatrzyłam się na kwiaty, zerknęłam na Dunajec. Dookoła w dalszym ciągu nikogo. Podbiegnę, przecież nikt mnie nie widzi. Uruchamiam swój tryb truchtacza. Biegaczem nigdy się nie nazwę. Ogromnie ich szanuję! Docieram pod Jaworzynkę. Patrzę na Dzwonkówkę, Skałkę Szczawnicką, Przehybę i Złomisty Wierch – tzn. tak mi się wydaje, bo widoczność kiepska. To nic. Zielony szlak, ze Średniego Gronia, zaraz pod Lubaniem, kończy swój bieg. Skręcam w lewo żółtym na Koziarz (szlak żółty Modyń – Szafranówka – Leśnica). Stąd już tylko kawałek do wieży. Praktycznie poruszam się po płaskim. Reguluję oddech. Chciałabym zobaczyć tę słynną panoramę Beskidu Sądeckiego. Słabo. Przede mną jedynie malownicze stare płoty, w oddali zabudowania i majaczące góry. Wiedziałam, w co się pakuję…

Docieram do wieży. Jej solidna konstrukcja zachęca do wejścia na górę. Słońce iskrzy między przęsłami. Podoba mi się. Lubiłam zajęcia z budownictwa, dzięki nim mogę się zachwycać architekturą nieco bardziej świadomie… Wychodzę na górę. Trzy osoby! Zdyszany chłopak zagaduje o moje wypieki. Śmieje się, że chyba całą drogę biegłam… Nie wyprowadzam go z błędu. Po co? Pożartowaliśmy. Rozglądam się dookoła. Widzę tablice ze ściągą z panoram.  Próbuję się sama zorientować. No tak…  W tę stronę Gorce, tam Pieniny, Sądecki… Dorysowuję w głowie sylwetki wzniesień, dopasowując je do tego, co przed oczami… Przy dobrej pogodzie widoki muszą być genialne. Wrócę tu, może nawet na wschód… Powinien być naprawdę zjawiskowy…

Póki co, wrzucam na plecy mój maleńki biegowy plecak, sprawdzam stan wody w bukłaku, i śmigam z powrotem. Pogoda przyjemna, jest ciepło, nie pada, dobrze się oddycha. Po raz kolejny zastanawiam się, po co mi to wszystko. I znowu się uśmiecham… Ja to po prostu lubię. Tę niezależność, wolność, zmęczenie. Ten moment, kiedy zadowolona wracam do domu, a w głowie rysuje się trasa następnego wypadu. Zazwyczaj nieprzemyślana, luźno nakreślona. Zweryfikuję ją w trakcie…

Agata Bielecka - Nie rozliczając z marzeń

Gdybym miała się jakoś opisać, to powiedziałabym: Człowiek niewyobrażający sobie życia i pracy bez innych ludzi. Matematyk praktykujący, geodeta z wykształcenia, rzeczoznawca z ambicji. Miłośniczka gór – to z przekory. Od niedawna przewodnik beskidzki (nr legitymacji: PGB/3/21). Z marzeń się nie rozliczam… Ze spełnionych się cieszę. To wystarcza!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.